Credo planszówkowca / blogera

Przedwczoraj Rafał puścił bardzo ciekawy wpis na temat obiektywności i rzetelności recenzji planszówek. Jeszcze ciekawsza okazała się dyskusja pod tym wpisem, jak to zwykle w przypadku kontrowersyjnych tematów bywa. Czytając komentarze w tej dyskusji stwierdziłem, że jest jedna ważna rzecz, która powinna być przy tej okazji jasno powiedziana – i po to jest niniejszy wpis.

Post Rafała dotyczył przede wszystkim obiektywności recenzji, później w dyskusji zeszło jeszcze na dogłębność i rzetelność tychże. Wydaje mi się, że nie ma za bardzo sensu oczekiwać pełnej obiektywności – nie jest to za bardzo realne. Każdy ma jakieś gusta i preferencje. I tu dochodzimy do sedna: uważam, że jasno powinno być powiedziane, jakie te preferencje są. Innymi słowy, jako odbiorca recenzji, nie oczekuję, że recenzent będzie stonowany i zdystansowany niczym stoicki filozof. Oczekuję natomiast wiedzy, jakie są jej / jego preferencje, ponieważ dzięki temu będę mógł na recenzję patrzeć z odpowiednim filtrem. Coś w stylu „ok, gość się zachwyca nad tą grą, ja wiem że on jest maniakiem gier negocjacyjnych, ja nie jestem, więc pewnie aż tak bardzo mi się nie spodoba”.

No i to jest cały cel tego wpisu. Chcę Wam powiedzieć, jakie są moje założenia i preferencje. Ot po prostu, żebyście wiedzieli, czego się spodziewać. Do rzeczy więc.

  1. Jakie gry lubię? Jeżeli ktoś czas jakiś czyta bloga, to jest to dość jasne, ale dla porządku: przede wszystkim gram w ciężkie ekonomiczne eurogry oraz gry kooperacyjne (mniej więcej po równo). Następne na liście są lżejsze eurosy.
  2. Jakich gier nie lubię? Omijam szerokim łukiem strategie z negatywną interakcją i negocjacjami. Nie namówicie mnie na GoTa, Cyklady czy Small Worlda. Jeszcze szerszym łukiem omijam wszelkie 4X-y typu Eclipse, czy Twilighta. Co oczywiste w tym przypadku, nie spodziewajcie się recenzji tego typu gier.
  3. W inne gry chętnie czasem zagram (imprezówki, familijne, logiczne), ale nie interesują mnie na tyle, żebym o tym pisał – chyba, że trafi mi się coś naprawdę wyjątkowego. Jednym takim wyjątkiem są Tickety, innych nie kojarzę.
  4. Jeżeli chcę napisać recenzję albo opisać wrażenia z gry, robię to zwykle po 2-3 rozgrywkach. Zakładam, że w pierwszej grze mogę nie złapać odpowiednio reguł i zależności. Oczywiście jest ryzyko, że w 3 grach też mi coś umknie, ale nie chcę zagrywać się w jedną grę tygodniami – w końcu jest tyle fajnych tytułów, o których warto napisać. Jasne, że to może spowodować, że ocenię grę niesprawiedliwie, ale gdzieś ten kompromis musi być. Caveat lector.
  5. W recenzji staram się koncentrować na dwóch aspektach gry: jakie decyzje gracz musi podjąć i jakie wrażenia wywarła na mnie gra (czysto subiektywne oczywiście – głęboko wierzę, że nie ma drugiej szansy na zrobienie pierwszego wrażenia). Wiadomo, że co nieco o regułach gry trzeba przy tej okazji napisać, ale opisywanie reguł w recenzji jest dla mnie raczej złem koniecznym.
  6. Nie piszę recenzji gier przysyłanych przez wydawców, jeżeli nie wpadają w to, co napisałem w punkcie 1 (ciężkie i lżejsze eurosy, co-opy). Zrobiłem jeden wyjątek dotychczas (Wikingowie), przede wszystkim ze względu na fakt, że moje wrażenia z gry nie były tak negatywne, jak większości innych recenzentów… więcej wyjątków w tej dziedzinie nie planuję.
  7. Staram się zawsze w recenzji napisać, komu recenzowana gra może się spodobać. W zasadzie wierzę w to, że nie ma złych gier – są tylko gry źle dobrane do grupy docelowej. Jasne, pewnie znajdą się produkty tak fatalne, że ich grupa docelowa zmieści się w pokoju 2×2 metry, ale umówmy się, że to są prawdziwe ekstrema.
  8. Nie piszę o grach, które mi się trochę spodobały albo trochę nie spodobały. Szkoda czasu. Przede wszystkim piszę o grach, które mi się spodobały bardzo i które mnie urzekły. Zdarza mi się napisać o grze, która mi wybitnie nie podpadła, ale to oznacza, że byłem naprawdę mocno zniesmaczony.

 

No, tak by to mniej więcej wyglądało. Jeżeli z czymkolwiek wyżej się nie zgadzacie – zapraszam do komentarzy. Powtórzę tylko – jestem przekonany, że jeżeli Wy, drodzy Czytelnicy, jesteście w stanie odebrać cokolwiek, co recenzent napisze w odpowiedniej perspektywie, to wszelka (mniej lub bardziej nieunikniona) nieobiektywność przestaje być problemem. Howgh.

 

  • kdsz

    Znalezienie „swojego” recenzenta to podstawa. Jednak metoda pisania ze swojej geekowskiej perspektywy może też prowadzić do absurdalnych sytuacji, jak wspomniane przez Wookiego porównanie rodzinnych „7 dni Westerplatte” z cokolwiek ciężkim „Robinsonem Crusoe”

    • Stanisław Juźwicki

      Nie no, ten przykład w ogóle był z czapy. W mojej działce to tak, jakby porównywać Stone Age do Le Havre. I to i to jest eurosem, i tu i tu się trzeba żywić… ale jak ktoś mi napisze, że nie podoba mu się Le Havre, bo Stone Age lepsze (albo vice versa) to się lekko zdziwię.

    • Łukasz Hapka

      Jako autor tej absurdalnej recenzji pozwolę sobie podkreślić, że nie porównywałem tych gier w każdym aspekcie (złożoność, czas gry, wygląd), a jedynie chciałem zaznaczyć, że klimat w 7 dniach Westerplatte jest troszeczkę słabiej oddany.

  • kwiatosz

    Tu chyba wchodzi to bycie [zawodowym] recenzentem poruszone przez Tycjana w komentarzu pod sąsiednim wpisem. Ja nie wyobrażam sobie, zebym nie napisał recenzji praktycznie każdej podesłanej gry. Oczywiście są wyjątki, jak Eaten by Zombies albo kościane Cthulhu (zapomniałem tytułu, albo raczej wyparłem) – gry tak dramatycznie słabe i koszmarne, że aż nie umiem tego opisać (czemu dałem wyraz w Sprintem po grach w ŚGP). Ale generalnie – mam chęć zagrać we wszystko przynajmniej raz (no dobra, na dwuosobowe gry mam mniejsze parcie). Oczywiście są z tym czasem problemy – przychodzi do recenzji taki Władca żywiołów i weź to zagraj dużo razy… Ja z recenzenckiego obowiązku zagrałem 30 razy,

    • Stanisław Juźwicki

      Pierwsza myśl: no dobrze, to chyba fajnie, że nie jestem „zawodowym” recenzentem, a „jedynie” blogerem. Mam dzięki temu odrobinę więcej swobody i mogę nie pisać o czymś, co mi się nie podoba.

      Druga myśl: zaraz, zaraz, prrr, szalony… czyli że niby sam się ustawiam w kategorii tych mniej poważnych? Że niby „zawodowy” recenzent to instytucja, która pracuje na swoją reputację, a bloger może robić co chce, bo i tak nie traktują go poważnie? Coś mniej więcej jak porównanie Polityki / Wprost / Newsweeka do Faktu / Super Expressu? No bez sensu.

      Poza tym cały temat wydaje mi się być mocno związany z gorączką Essenową. Za 2-3 miesiące jak ktoś napisze recenzję, to prawdopodobnie a) będzie to gra z Essen, którą już zdążył porządnie ograć albo b) będzie to w ogóle sporo starsza gra, którą zna na wylot. Listopad za to jest takim okresem, w którym blokady puszczają, konie startują z boksów i wszystkich ogarnia szaleństwo nowych gier. W sumie tak teraz myślę, że wystarczy odrobinę przeczekać i ton recenzji się naturalnie wyrówna.