Nie ma zbyt złożonych gier…

Dyskutujemy sobie radośnie od kilku dni na temat luźno związany z grami, które warto polecać na start ludziom, których wciągamy w nasze hobby. W ostatnich wpisach Tycjana i Squirrel (tudzież w komentarzach do nich) pojawiło się kilka stwierdzeń, z którymi nie do końca się mogę zgodzić. Ale po kolei…

Z kronikarskiego obowiązku (tudzież dla łatwości strawienia tematu), podrzucam linki do poprzednich wpisów:

  1. Zaczęło się od wpisu o euro-gatewayach
  2. Kontra Tycjana, który twierdzi, że kanonu nie ma
  3. Tu z kolei próbuję Was przekonać, że może jednak jest
  4. A tutaj Squirrel pisze, że najważniejszy jest entuzjazm

Żeby nie było – absolutnie zgadzam się z tym, że jeżeli próbuję polecić / wytłumaczyć komuś grę, to muszę sam ją lubić (albo przynajmniej mieć wobec niej neutralne odczucia). Żaden handlowiec nie sprzeda produktu, którego nie lubi – a polecanie planszówek to nic innego jak sprzedaż idei spędzania czasu w konkretny sposób.

Kwestia jest jednak nieco inna. Uważam, że pewne gry nie nadają się „na start”, bo są po prostu zbyt skomplikowane / trudne / złożone. Tycjan odbija twierdzeniem, że to nie zależy od trudności gry, tylko od tego, czy się trafi w gusta konkretnej osoby. Squirrel z kolei również twierdzi, że nie ma zbyt trudnych gier, są tylko nieprzekonujący planszówkowicze polecający te gry. I z tymi stwierdzeniami nie mogę się zgodzić.

Entuzjazm to za mało 🙂

Podam Wam przykład, który być może jest nieco ekstremalny, ale przynajmniej z autopsji, więc będę go bronił. Ora et Labora. Uwielbiam tę grę. Oczy mi się świecą, kiedy o niej opowiadam (paradoksalnie gram dużo mniej, ale to już kwestia tego, ile jest wolnych godzin w dobie). Nie można powiedzieć, że nie pałam entuzjazmem do OeL – zresztą uwielbiam również Agricolę i Le Havre. Wybaczcie, ale nie przekonacie mnie, że OeL jest dobrym pomysłem na pierwszą planszówkę dla kogoś, kto jeszcze w takowe nie grał. No po prostu nie 🙂

Jasne, pewnie statystycznie zdarzy się jeden na stu nowicjusz z ukrytą duszą heavy-euro-maniaka, który nie widząc nigdy wcześniej żadnej planszówki rozpłynie się z zachwytu widząc rzeczone dzieło Rosenberga. Pewnie znajdzie się również taki, który taką samą miłością zapała do na przykład Twilight Imperium, albo Here I Stand. Wydaje mi się jednak, że (również statystycznie) bezpieczniej jest polecać coś z niższej półki jeśli chodzi o ciężar gry. Oczywiście mówię o sytuacji, w której nie za wiele wiemy o gustach osoby, którą próbujemy przekonać.

No i tu dochodzimy do sedna, czyli tezy, którą próbuję obronić, że są gry zbyt skomplikowane na start. Pytanie, gdzie dla kogo ta poprzeczka jest. Dla mnie osobiście tytuły w stylu Agricoli, Puerto Rico, Wysokiego Napięcia, czy Caylusa są ponad tą poprzeczką. Co jest poniżej? Ano chociażby to, o czym pisałem w pierwszym wpisie na liście powyżej (Finca, Złote Miasto), zastanowiłbym się nad Rialto, może Loyangiem (najłatwiejszy Rosenberg z Harvest Trilogy). No już w ostateczności Agricola w wariancie familijnym (bez pomocników i małych ulepszeń). Celowo pomijam tu gry czysto familijne, typu Ticketów, Carcassonne’a, itp – bo to oczywistość. Osadników nie polecam, bo ich najzwyczajniej nie lubię 🙂

McDonald w planszówkach

Przy tej okazji chcę zahaczyć o jeszcze jeden temat, który przewijał się w komentarzach do postów wymienionych na górze wpisu (a przynajmniej ja to tak zrozumiałem, poprawcie w razie czego) – że lepiej polecać gry typu Caylusa, niż prościutkie imprezówki typu Uga Buga, bo to właśnie gry a’la Caylus oddają ducha nowoczesnych planszówek. Pełna zgoda, ja też wolę polecać porządne eurosy i bynajmniej nie chciałbym spłycać tematu i „macdonaldyzować” planszówek do coraz prostszych, nie wymagających przesadnego użycia komórek mózgowych.

Tak na zupełnym marginesie, to jest zjawisko, które mi się czasem zdarza na ŁPGach. Mamy całe sterty gier (standardowo ponad 200 tytułów) w wypożyczalni, pełen przekrój „ciężarowy”, od Duchów i Dobble, po Twilighta i Starcrafta. Póki jest spokój, staramy się polecać gry, które kolektywnie jako obsługa najbardziej lubimy (statystycznie wychodzą powiedzmy średnio ciężkie). Problem zaczyna się pojawiać w godzinach, w których na imprezie jest więcej osób i pojedynczy obsługant nie ma już 15-20 minut na tłumaczenie jednej gry, bo przy wypożyczalni czeka na pomoc kilka osób. Wtedy standardowo przestawiamy się na tryb Dobble / Abalone / Gigamic / Duchy / Dixit / cokolwiek co da się wytłumaczyć w 3 minuty. Nie to żebym był z tego jakoś szczególnie dumny (wręcz przeciwnie), ale na razie nie mam lepszego pomysłu. Tu oczywiście przyczyną jest brak czasu / ludzi, a nie przekonanie, że jakaś gra jest za ciężka, więc to trochę odrębny temat – ale tak jakoś mi się nasunął w kontekście dyskusji.

Podsumowując…

… będę dalej bronił teorii, że są gry, których w normalnych okolicznościach nie polecę na początek (bo są zbyt złożone). Feel free to disagree, takie jest moje zdanie 🙂

 

  • Katarzyna Ziółkowska

    Hehe, rozumiem Twoje zdanie, ale się z nim nie zgodzę 🙂 (i możemy tak w kółko, hell yeah!). Piszesz, że „w normalnych okolicznościach” byś cięższych gier nie polecał na start. A ja mam dokładnie odwrotnie – uznaje popularne gateway’e do wciskania w ciemno na konwentach w chwili kryzysu. I uznaje „caylusy” do wciskania nieoplanszówkowanym znajomym w domowym zaciszu.

    • Katarzyna Ziółkowska

      Aha, Puerto Rico wbrew pozorom ma proste zasady i zdarzało mi się ją tłumaczyć na Pionkach jako „gateway” 😉 Natomiast Loyanga nie wiem czy bym zaryzykowała (bo go zwyczajnie nie lubię ;)). Jak widać wszystko zależy. Nie tylko od preferencji przyszłych graczy, ale też od preferencji tłumaczącego. I to starałam się w moim wpisie przekazać.Entuzjazm – tak. Ale także własny kanon gier, który uważamy, że jest godny polecenia. Taki kanon, w którym mamy na podorędziu tytułu lżejsze i cięższe i możemy je dowolnie proponować w zależności od tego co nam się będzie wydawać najbardziej odpowiednie. Zdecydowanie jestem przeciwna sztywnym podziałom – na za ciężkie i za lekkie. Tak jak na przykład z polecanym wiekiem na pudełku gier. Są 8-latki, które ogarną z palcem w… nosie grę 12+ i takie co się będą męczyć nad grą 6+… Wszystko zależy. Klasyfikowanie jest złe i kropka. 🙂

      • Stanisław Juźwicki

        Czuję się odpowiednio strollowany moimi własnymi cytatami 🙂

        A co do sedna sprawy – właśnie klasyfikowanie pomaga w takim przypadku. To jest dokładnie to samo, co czytanie recenzji – jedna osoba napisze, że coś jest fajne, druga, że do bani. Przeczytasz 4-5 recenzji i masz pogląd. To samo tu – ja napiszę, że Caylus jest za trudny, 3 inne osoby napiszą że nie jest – i ktoś, kto to czyta może na tej podstawie jakieś informacje wyciągnąć.

  • Mirosław ‚Tycjan’ Gucwa

    Tak, jak napisała Kasia są małe szanse na przekonanie się nawzajem 🙂
    Gry wybierać należy pod określonego człowieka i chwili. Rzucanie każdemu tego samego tytułu może dać zgoła odmienny skutek niż zamierzony. Ale o tym już pisałem u siebie.
    Czy faktycznie np. takie Le havre na początek jest złe, kiedy siądziemy z kimś kto jak wiemy wszystko łatwo łapie, myśli logicznie i nie boi się eksperymentowania poznawczego, więc gry ekonomiczne chętnie pozna? Nie. Ale oczywiście danie takiego tytułu komuś na Konwencie i powiedzenie „Masz i graj” to już może być ryzykowne.
    Kasia to dobrze napisała każdy musi mieć własną listę, Ty szukasz (pytasz) tytułów do takiej listy, ja mówię o wybieraniu gier pod konkretnych ludzi i sytuacje… prawda jak zwykle leży gdzieś pośrodku 🙂

  • Monika Żabicka

    „Czy faktycznie np. takie Le havre na początek jest złe, kiedy siądziemy z kimś kto jak wiemy wszystko łatwo łapie, myśli logicznie i nie boi się eksperymentowania poznawczego” – jesli jest to jego pierwsza gra, to nie wiemy jak taka osoba zachowa sie przy planszowce. mam znajomego, ktory jest bystry, inteligentny, analityczny, obyty i w ogole erudyta, a planszowek jak nie lapie tak nie lapie. zasady, a moze inaczej – ich przelozenie na strategie – jakiejkolwiek planszowki, ktora mu tlumaczylam byly dla niego nie do ogarniecia

    • Stanisław Juźwicki

      To jest w ogóle inna ciekawa sprawa – możliwość wyczajenia sensownej strategii w pierwszej partii gry. Ja po kilku latach gry w planszówki akceptuję fakt, że są gry, w których za pierwszym razem będę błądził jak dziecko we mgle i przegram z kretesem – po prostu dlatego, że nie znam jeszcze zależności i konsekwencji wykonania konkretnych ruchów w dłuższym horyzoncie czasowym. Ale jeżeli gra posiada taką cechę (czytaj: jeżeli trzeba 1-2 razy zagrać, żeby za 3cim wiedzieć o co idzie), to jest to dla mnie sygnał, żeby raczej jej na start nie polecać.

    • Też znam taki przypadek i nie chodzi tu o złożoność zasad, czy ich błędne rozumienie. Normalnie inteligentna, oczytana, bystra osoba, a w takim np. Dominionie – mając jedną tylko kartę akcji na ręku (bodajże +X kart) nie zagrywa jej, tylko od razu przechodzi do fazy zakupów, Dlaczego? Po dziś dzień pozostaje to dla mnie zagadką…